notatki kobiety ekstrawertycznej z bogatą mimiką, która zdradza ją na każdym kroku!
Kategorie: Wszystkie | bad day | communication | good day! | zmiany
RSS
sobota, 07 lipca 2018

Na mopa mówiła „frędzelki”. Na odkurzacz - prawdopodobnie „elektroluks” (jak to warszawianka od wielu wielu lat). Na moją Babcię mówiła „Maryla” (prawdopodobnie jako jedyna na świecie, bo Babcia była dla wszystkich „Marysią”). Ciasta, mądra kobieta, nazywała omownie „wizytą w cukierni”. A do Babci w listach - których w efekcie ich wieloletniej przyjaźni zostało bardzo wiele - pisała o trudach podróży (70km między nasza rodzinną miejscowością a Warszawą lepiej nie opisałaby sama Agatha Christie!). Wszystko planowała - łącznie z filmami (ba! nawet programami, które chciała obejrzeć) i robiła takie plany kulturalno-edukacyjne do samego końca. Oglądała trzy programy informacyjne (żeby potwierdzić wiarygodności informacji - najbardziej wyważone były, jej zdaniem, „Wydarzenia”), i zawsze żałowała, że się na siebie nakładają. Piła herbatę ze szklanki, używałam spodków i sama wymyślała sobie sprytnie meble do swojego bardzo małego mieszkania na Ochocie. Skończyła dwa fakultety, w tym prawo i była najlepszym kompanem do nalewki, jakiego kiedykolwiek poznałam. Rozmowa z nią nie była łatwa, ale była zawsze przyjemnością. Taka była Ciocia Helena.

Żałuję, że w ostatnim czasie zabrakło mi odwagi, żeby jednak przełamać się i - będąc w okolicy - spontanicznie do niej zapukać (odwaga była potrzebna, bo jako osoba skrupulatnie planująca - bardzo tego nie lubiła). Czasami warto pokonać bariery, które sami sobie stawiamy. Bo można stracić coś ważnego, co już nigdy nie będzie się mogło wydarzyć. 

sobota, 09 czerwca 2018

Żyjemy razem, ale jednak osobno. Przyjaźnimy się, ale nie spędzamy czasu ze sobą, tylko obok siebie. Wszystko jest trochę „na niby”. Ma wyglądać, a nie smakować. Mamy dotykać, ale nie za mocno, żeby nie zepsuć (bo ma ładnie wygladac na zdjęciu). Inwestujemy i dbamy o swoje, ale nie szanujemy cudzej własnosci. Widzimy tylko czubek własnego nosa-nie więcej, nie dalej. Szanujemy swoje pieniądze (czasami) i swoj czas (przynajmniej tak deklarujemy). 

W praktyce wyglada to tak, że opowiadamy tylko o sobie, nie pytamy, co u rozmówcy, jak się czuje, jakie ma problemy. Jeśli to zrobimy - to często nie z ludzkiej życzliwości, a z kurtuazji, wyuczonej grzeczności. Siedzimy z nosami w telefonach, my i nasze dzieci, po to, żeby zapewnić sobie pozory i intymności. Zamiast udać się w tym celu do wanny pełnej piany i płatków róż z książką, udajemy się do kąpieli z telefonem, a wisienkę na torcie rozkoszy stanowi telefoniczna rozmowa z kimś, kto jeszcze nie ma nas w nosie tak mocno, żebysmy go o to podejrzewali. Kończąc dialog - wyjątkowo nieśpieszny - peelingujeny czubek własnego nosa, żeby mieć przyjemność z obserwowania go przez kolejne dni, wieczory, popołudnia, podczas których poza najłatwiej dostępnym wszelkiej percepcji wierzchołkiem naszej perspektywy moglibyśmy widzieć pszczołę (ich tez jest coraz mniej) i las na skraju horyzontu i drugiego człowieka, który - mimo ze schowany za ekranem smartfona, jednak cały czas jest obok. JEST i był i może będzie - to ostatnie: jeśli wyłonimy się ze swoich (nie)„bezpiecznych” skorup.

 

 

 

czwartek, 12 kwietnia 2018

Napiszę to raz. I nie więcej. Kocham swoje dziecko. Nad życie. ALE! Kompletnie nie rozumiem manii wstawiania srylionów zdjęć dzieci dziennie/tygodniowo, a nawet miesięcznie na wszystkie kanały w mediach społecznościowych, jakie się posiada. Istnieje możliwość stworzzenia grup z rodziną i bliskimi. Istnieją nadal MMS-y (albo komunikatory po prostu!). I nie wiem - naprawdę nie wiem, dlaczego wizerunek małego człowieka (który jeszcze sam nie zdecydował nawet o tym, czy będzie mówił na siebie po imieniu czy zdrobnieniem, które nadała mu Babcia) jest upubliczniany i to nagminnie, bezustannie i - dośc nachalnie (względem odbiorców, którymi często stają się przypadkowi ludzie).

Nie rozumiem też zarabiania na dzieciach, z których robi się nośnik ubranek, testera zabawek, śmieszne zwierzątko i modny dodatek do "lajfstajlu" (kiedy jest się już blogerĘ, to wypada mieć i zwierzę i fajny pojazd i fajne...dziecko?). Czy to zwiększa potencjał w oczach marek, które w przyszłości mają się do takich posiadaczy tłumnie dobijać? 
Na poziomie gigaradości czerpanej z przebywania z dzieckiem i budowania z nim coraz większej nici porozumienia (chociaż jeszcze nie mówi) nie ma się przecież czasu (i - przede wszystkim - nie myśli się o tym!), żeby pstrykać zdjęcia/nagrywać filmiki... dzielić się z ludźmi swoimi emocjami, które są związane z rodzicielstwem )... 

Na poziomie tej gigaradości po prostu się jest. I może to egoistyczne, że nie myśli się o utrwalaniu tych chwil na pamiątkę dla dziecka. Ale pozytywne emocje kodują się w nim na zawsze, tworząc podstawę do szczęśliwego życia, które wypełnione jest czułością i troską i głębokimi uczuciami tych, którzy z dzieckiem są. Nawet, kiedy tego nie pokazują. Nawet, kiedy ono tego nie widzi. Jak cień. Jak duch. Jak anioł jakiś. Kropka

Po prostu jestem niedzisiejsza...

 

Znalezione obrazy dla zapytania mama twenties

14:26, wolfmeout
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Magda co z dachu spadła

Wypromuj również swoją stronę